fbpx

Kryptowaluty a reguły KYC – czy te ostatnie mają szansę być skuteczne?

10 min
Marek Lesiuk
Regulacje

Niniejszy tekst nie rości robie pretensji do miana analizy funkcjonowania zasad KYC czy rynku kryptowalut. Nie jest to także autorytatywne postawienie tez prawnych czy gospodarczych. Przyświeca mu natomiast intencja przyjrzenia się i zastanowienia nad publicznymi i społecznymi aspektami ideowego zderzenia, jakie ma miejsce pomiędzy koncepcjami opartych na blockchainie, anonimowych walut wirtualnych, a lansowanymi zestawami inwigilacyjnych reguł KYC.

Wiele można powiedzieć o tym, co oferują kryptowaluty w porównaniu do pieniądza „tradycyjnego” (bo jednak nie tego najbardziej tradycyjnego – kruszcowego). Cechą jednak najbardziej się z nimi kojarzącą jest zapewniana przezeń poufność, w swych założeniach wolna od chciwych spojrzeń rządowych planistów budżetowych oraz inkwizytorskiego zapału skarbowych łowczych, a także wszechobecnej, nachalnej inwigilacji komercyjnej, ujmowanej językiem marketingu jako „analiza zachowania naszych klientów w celu lepszego dostosowania naszych usług”. Albo jakoś podobnie.

Innym z czynników przyciągających do walut wirtualnych może być „dyktatura pośrednika” – w tym przypadku banków – w realiach pieniądza tradycyjnego. Bez korzystania z usług bankowych, prawie nie sposób używać swoich zasobów pieniężnych w sposób oczekiwany przez wymogi współczesnej gospodarki (np. w postaci przelewów). Samo „korzystanie” nie zawsze przedstawia się szczególnie zachęcająco, w sposób oczywisty wiąże się bowiem z jednostronnym dyktowaniem warunków „współpracy” przez bank, koniecznością opłacania wedle stawek przezeń dyktowanych, etc. Możliwość wyboru opcji sobie pasującej z oferty rynkowej jest tu raczej fikcją, ponieważ w dużej mierze fikcją jest także – czy to z uwagi na astronomicznie wysoki próg wejścia, czy uwarunkowania prawne, czy też czynniki pozamerytoryczne – rynkowa wolność w sektorze bankowym, zaś warunki oferowane przez banki nie różnią się pomiędzy sobą jakoś fundamentalnie.

Kto chce poznać swojego klienta?

Tym zatem, którzy zdecydowali się na inwestycję – tak finansową, jak i mentalną – w kryptowaluty, wydać się może, że oto próbuje ich dopaść pozostawiony upiór przeszłości. Upiór ten bowiem powołany do życia został przez banki i dla banków (acz nie bez wpływu czynników oficjalno-urzędowych), a także giełd, przedsiębiorstw i innych instytucji finansowych. Przed państwem KYC – akronim od „Know Your Customer”. Jest to zestaw reguł – bądź to umownych, bądź zadekretowanych – sprowadzających się do zbierania drobiazgowych danych – od tych podstawowych aż po bardzo szczegółowe – na temat klienta, a także jego sytuacji majątkowej czy prawnej. W tym nie byłoby nic szczególnego – któż tak nie robi? – w ramach KYC jednakże zmusza się tego ostatniego do aktywnego dokumentowania tych danych dla banku lub firmy, zaś zakres zbieranych danych naturalnie dalece przekracza minimum niezbędne do świadczenia usług.

Uzasadnieniem takiego postępowania jest oczywiście cały szereg wzniosłych postulatów – walka z praniem brudnych pieniędzy, korupcją, finansowaniem terroryzmu (bądź tego, co za terroryzm jest uznane – czyli niekiedy po prostu idei innych niż oficjalnie sankcjonowane) czy próbami ucieczki podatników spod przygniatającego ich brzemienia podatkowego (tu już, przynajmniej zdaniem niektórych, wyliczenie traci swoją wzniosłość…). Nic dziwnego – jak zwykle, kiedy instytucje państwowe czy duże podmioty korporacyjne realizują swój interes w sposób niedogodny czy bolesny dla jednostki lub odbiorcy, zawsze robią to „dla jego własnego dobra”.

 

Obcesowość, z jaką duże podmioty na rynku mają zwyczaj wymuszać swoją „politykę” na rzeszach klientów, musi jednak rodzić, i rodzi, sprzeciw. W gospodarce informacyjnej dane personalne stanowią nie tylko osobistą wartość – przekładając się na możność ochrony swojej prywatności bądź jej brak – ale też dobro o zupełnie wymiernej wartości materialnej. Przymuszanie do ich darmowego przekazywania podmiotom, które następnie będą obracać dostęp do tych danych w zyski, oraz oczywiście okazywanie tymże podmiotom „zaufania” (naturalnie wyłącznie w jedną stronę, bowiem silniejsi gracze bez oporów prezentują całkowitą nieufność wobec klienta) nie może jednak okazać się stuprocentowo skuteczne – choćby z tego względu, że żadne reguły nigdy nie są całkowicie skuteczna i zawsze znajdzie się ktoś, kto je obejdzie albo znajdzie rozwiązanie przez nie nieprzewidziane.

Nieformalny szantaż reguł KYC – posłusznie się podporządkuj, albo zostaniesz pozbawiony dostępu do naszych usług (i naszych konkurentów także), tym samym będąc praktycznie wykluczonym z obiegu gospodarczego – działać może w realiach normalnej gospodarki. Prozaiczną rzeczywistością jest fakt, że koszty odmowy bardzo często przewyższają straty czy niedogodności, jakie płyną z obrabowania zainteresowanego z jego danych (notabene i tak szpiegowanego na każdym kroku przez jego sprzęt czy aplikacje, których używa). Tak jednak jest w „normalnej” rzeczywistości, dziejącej się w fizycznym czasie czy miejscu i określonych realiach prawnych i ekonomicznych. Co jednak w w przypadku rzeczywistości wolnej od tych ograniczeń?

Zawrócić rzekę kijem

Problemem KYC oraz wszystkich podobnych idei i wynalazków kontrolnych jest to, że traktują ze stanem rzeczy, którego najczęściej już nie ma. Nie ma, bo w międzyczasie zdążył się zmienić, zresztą niejednokrotnie pod wpływem samego procesu wykształcania się zjawisk, mających bieżącą rzeczywistość kontrolować. W tym przypadku – zmianą rzeczywistości było przeniesienie elektronicznych transakcji pieniężnych tam, gdzie nie potrzeba ani pośredników, ani przepisów. Ideą kryptowalut było przecież zrzucenie kontroli poprzez przeniesienie pieniądza w przestrzeń, gdzie reguły inne od technicznych nie obowiązują. Tymczasem KYC i inne zasady powstały z myślą o klasycznym obiegu finansowym, którego hubami są banki, praźródłem – mennice banków centralnych, zaś na straży wszystkiego stoją stosowne służby policyjne i nadzorcze.

Pozwalając sobie na nieco sarkastycznej hiperbolizacji, i parafrazując tytuł znanej powieści Terence’a H. White’a „Był sobie raz na zawsze król” można stwierdzić, że organa rządowe, ale i bankowe, korporacyjne, eksperckie, etc. (w nie mniejszym stopniu sprawujące realną kontrolę nad gospodarką i nie mniej zainteresowane w utrzymaniu status quo i swojego monopolu) zdały się wyjść z założenia, że „było sobie raz na zawsze KYC” – wystarczy opisać, zakazać, nakazać, zadekretować i wymusić, a wszystko będzie jak dawniej.

Małe żuczki z powrotem będą zatem pokornie się słuchać, według jakich zasad postępować, dla kogo w pocie czoła pracować i ile z tego, co zarobią, sumiennie oddawać w podatkach. Zaś mądrzejsi od nich z wysokości swoich urzędów będą mogli z powrotem w spokoju oddać się zarządzaniu masami podległych sobie podatników, ewolucyjnie wykształcać i doskonalić metody zwiększania swojej władzy i kontroli czy pompować zyski i budżety („urzędów” rozumianych tutaj w przenośni, nie chodzi bowiem tylko o samych polityków, urzędników czy biurokratów, gdyż postawę tę da się obserwować w przypadku całych, ogólnie pojmowanych establishmentów).

Tak zawsze było. Albo i nie było…

Szkopuł z tym założeniem jest taki, jak z generałami szkolącymi swoje armie i układającymi plany tak, aby wygrać wojnę – tyle, że tę poprzednią. Następna wojna jednakże nigdy nie wygląda tak, jak poprzednia… A propos wojen, można odnotować tutaj historyczną refleksję, że historia rozwoju cywilizacyjnego ludzkości to nie tylko historia materialnych i niematerialnych osiągnięć i zdobyczy, ale także historia postępu i ewolucji zjawisk niosących ze sobą coraz więcej mroku (oczywiście – rozumianego w zależności od perspektywy i punktu widzenia). W tym – historia postępu kontroli grupy nad jednostką, a potem władzy nad poddanym. A także, w konsekwencji tego ostatniego, historię społecznej transformacji w postaci odejścia od suwerenności człowieka w kierunku intensyfikacji supremacji instytucji nad indywiduum.

Ten stan rzeczy – deterministycznie rozumianą, jednokierunkową ewolucję w tę właśnie stronę – rada byłaby zapewne uznać za naturalny i pożądany stan rzeczy większość „władz” (a ściślej – jednostek te władze tworzących i/lub kontrolujących) na świecie. Logiczne – jeśli postrzega się społeczności, społeczeństwa czy narody (jakkolwiek je nazwiemy) jako strukturę pionową, czy też stereotypową piramidę, to warto być na jej szczycie. Zaś jeśli już jest się na szczycie, i czerpie się z tego związane z tym profity, to warto zachować i samą piramidę.

Wbrew jednak tym prawdopodobnym życzeniom, ewolucja, o której mowa, nie jest bynajmniej zjawiskiem jednokierunkowym ani nieprzerwanym, a tym bardziej nie takim, które miałoby znany z góry wynik. Trafniej może powiedzieć, że wraz z rozwojem cywilizacyjnym otwierają się nowe możliwości obligowania, sprawowania kontroli i odrzucenia domyślnej (a oczywistej dla stanu pierwotnej, zwierzęcej anarchii) swobody jednostek, nieskrępowanych nadmiernie sformalizowaną strukturą. Analogicznie otwierają się jednak także możliwości w kierunku przeciwnym, hipotetyczny przynajmniej potencjał do odtworzenia paradygmatu niepodatności, bądź podatności w wymiarze absolutnego, niezbędnego minimum, na zapędy kontrolne wszelakiej maści.

Zaznaczyć i podkreślić należy, że nie chodzi w powyższym wywodzie o żadne teorie spiskowe, mroczne spiski czy działania sekretnych grup, knujących w tajemnicy, jak przejąć władzę nad światem [tu byłby na miejscu grzmot i złowrogi śmiech, ale skoro to tekst, a nie format audio/video…], tylko o normalne i w gruncie rzeczy zrozumiałe skłonności. Naturalnym jest bowiem dla człowieka zabiegać o zwiększenie swojego statusu materialnego i społecznego, także kosztem innych ludzi; cecha ta może i bywa hamowana przez postawy etyczno-ideowe, ale sama w sobie jest instynktowna.

Z niej wynikają także inne, samoistnie zachodzące procesy – pośród nich te dotyczące organów władzy (każdej), które instynktownie pragną rozszerzania, a nie ograniczania swoich kompetencji. Jak i te odnoszące się do biurokracji, która wykazuje ustawiczne skłonności do zwiększania swoich rozmiarów, rozszerzania stopnia uregulowania materii, którą się zajmuje, oraz, rzecz jasna, wymiaru zbiurokratyzowania własnego oglądu rzeczywistości. Ta sama prawidłowość będzie też w logiczny sposób miała miejsce w przypadku podmiotów mono- i oligopolistycznych, które dla obrony swojej wyjątkowej pozycji na rynku będą gotowe poświęcić bardzo wiele, w tym niejednokrotnie dobro samego rynku czy ogółu aktorów go tworzących (a nawet swój własny interes ekonomiczny – byle tylko utrzymać tym kosztem swoją dominujący w stosunku do innych status).

Oczywiście, skłonności te niekiedy (bądź nawet częściej niż niekiedy) okazują się przeciwstawne do interesu ogólnego czy indywidualnych aspiracji całej reszty bądź większości członków danej społeczności, a czasem wprost destrukcyjne – niemniej to niestety też jest naturalne. Z tej skłonności można też wywodzić działania, które, jak w opisywanym temacie artykułu, mogą utrudnić czy skomplikować proces implementacji zdobyczy techniki w ekonomii, szkodząc tym samym ogółowi jej uczestników, w imię ochrony przywilejów podmiotów faworyzowanych w ramach aktualnie powszechnego systemu pieniężnego.

Co tu może nie wyjść?

Bitcoin i reszta kryptowalut, stworzona (a co najmniej – zaadaptowana) jako deus ex machina na drwinę z monetarnej wszechwładzy banków centralnych czy instytucji skarbowych, bynajmniej nie jest pierwszym elementem zmieniającym (tj. zwalniającym, przyspieszającym, odwracającym czy w ogóle resetującym) kierunek ewolucji stosunków między jednostkami, ich grupami, a także ich strukturami.

Wprost przeciwnie, jest jedynie jednym z najnowszych w szeregu, ale bynajmniej nie jedynym. Przed nim była broń atomowa, penicylina, silnik spalinowy, karabin maszynowy, kolej żelazna, rewolwer, mechaniczne krosno, szczepionka, maszyna parowa, muszkiet, maszyna drukarska, działo, kusza, kolczuga, strzemię… – a to przecież tylko nieliczne z długiej, długiej listy czynników, które niegdyś spełniły w zarysach podobną rolę, w jedną lub drugą stronę.

W przyszłości należy zatem spodziewać się kolejnych i kolejnych czynników, które w zależności od ludzkiej kreatywności oraz zdolności organizacyjnych będą się pojawiały z mniejszą lub większą częstotliwością i wywierać mniejszy lub większy wpływ na wzorce zachowania jednostek, struktury społeczności, czy szerzej, na systemy wszelkiego rodzaju interakcji pomięzy ludźmi.

Czy KYC będzie srebrną kulą instytucji rządowych na wampira niezależnej od machiny państwowej waluty? Bardzo wątpliwe. Dekretowanie szczegółowych zasad, choćby i nieformalne, w sferze, która z samej swojej zdecentralizowanej istoty opiera się wprowadzaniu jakichkolwiek odgórnych reguł, wydaje się na pierwszy rzut oka wołaniem na puszczy, bowiem nie może i nie będzie całkowicie skuteczne.

Nie całkowicie, to może choć w znacznej części? I tu można sobie zadać pytanie o powodzenie takiego przedsięwzięcia – przynajmniej w sytuacjach, gdy użytkownik kryptowaluty nie chce być śledzony i aktywnie się takim próbom przeciwstawi. To oczywiście nie znaczy, że nie da się takich prób zdławić – bo da się, co udowadniają przypadki „przebicia” się przez osłonę, jaką zapewniąja sieci VPN czy Deep Web. Jest to jednak nie tyle niemożliwe, co niepraktyczne, bowiem dla jednostkowego efektu wymaga zaangażowania policyjnych czy militarnych formacji cybernetycznych i stosownego sprzetu. Rezultat zatem byłby nieproporcjonalny do zaangażowanych środków, poniesionych kosztów i wywołanych swoim zaistnieniem reakcji.

Oczywiście, wraz z postępem techniki może się to zmienić. Dlatego jednak jeśli już, to większej efektywności w namierzaniu i rejestrowaniu przepływów kryptowalutowych niż po zasadach prawnych czy pseudoprawnych należałoby się się spodziewać po rozwiązaniach technologicznych, takich jak metody analizy łancucha blockchain. Obecnie istniejące skupiają się na analizowaniu publicznego blochchainu najpopularniejszych walut wirtualnych, przede wszystkim bitcoina. Waluty oparte na blockchainie prywatnym, czy też sposoby anonimizacji operacji na blockchainie publicznym, mogą się tym próbom wymknąć. Finalny efekt zależy zatem (jak zwykle) od tego, kto w technologicznym wyścigu wysunie sie na prowadzenie. Biorąc zaś pod uwagę nieprzewidywalność tego wyścigu, nie sposób zdeterminować, czy próby technicznego monitorowania obrotu zasobami wirtualnymi okażą się skuteczne.

Zamiast jasnej odpowiedzi

Czy zatem jest KYC pomyłką i próbą walki z wiatrakami? Także nie. A przynajmniej do końca. Oczywistym jest bowiem, iż promulgując edykty nie do końca egzekwowalne, nie wszsycy się im podporządkują. Ale większość, czy choć znaczna część ludzi, zapewne tak – czy to z poczucia praworządności, czy dlatego, że profity z nieposłuszeństwa niekoniecznie muszą być warte wiążącego się z nim ryzyka, czy też po prostu z powodu niedostrzegania w tym osobistego problemu dla siebie.

Wyciągając na światło dnia transakcje dokonywanie przez jedynie część uczesntików obiegu, nie wyeliminuje się kryptowalutowej anonimowości kompletnie, ale potencjalnie ma się szansę na ograniczenie tejże anonimowości proporcjonalnego zasięgu. Hipotetycznie i w wariancie maksimum mogłoby to tym samym prowadzić do zepchnięcia prywatnego, niekontrolowanego przepływu kryptopieniężnego do drugiego obiegu (czy też meta-obiegu, bo przecież waluty wirtualne, póki co, same w sobie stanowią jeszcze drugi obieg).

Zmieniłoby to też strukturę anonimowych aktywów wirtualnych, bowiem wraz ze wzrostem skali obrotu i wartości kryptozasobów, tym ciężej będzie tę anonimowość utrzymać i z tym większym ryzykiem będzie sie to wiązało. Wszystko to samo w sobie, jeśli zostałoby wyegzekwowane, byłoby istotnym osiągnięciem z punktu widzenia kogoś (osób czy instytucji) zainteresowanego narzuceniem swojej kontroli, i wydaje się, że mogło być pierwotnym założeniem przyświecającym.

Warto tu zauważyć jednakże, że proporcjonalne ograniczenie obrotu aktywami wirtualnymi, których dysponenci pozostaną anonimowi, a same aktywa – nie pozostawiające elektronicznego śladu, nie musi koniecznie przekładać się na fizyczne zmniejszenie ich zasięgu. Po prostu, wraz z ekspansją kryptowalut, wzrastają także rozmiary obrotu nimi w ogóle. I właśnie to może być jeszcze jednym założeniem, przyświecającym zastosowaniu reguł KYC do walut wirtualnych – nie tyle zupełnie znieść anonimowość dotychczasowego obiegu kryptowalutowego (bo to jest niewykonalne), co zyskać wpływ na to, jak będzie wyglądać i jakim torem potoczy się ich dalsza popularyzacja, gdy na dobre przestaną obsługiwać wyłącznie geekowskie wieże z kości słoniowej i trafią pod strzechy.

Dodaj komentarz