fbpx

Brakuje nam jednej osoby [Krzysztof Piech – Wywiad]

9 min
Michał Misiura
Wywiad

Dr hab. Krzysztof Piech – ekonomista, bitcoinowiec i polski ambasador technologii blockchain, opowiada w wywiadzie m.in. o trudnych relacjach pomiędzy polityką i nauką oraz o kryptowalutowej rewolucji i jej wpływie na przyszłość.

Gdybym miał wskazać coś co jest dobrem narodowym Polski: to nie węgiel czy żubry, przyroda, albo tancerka w stroju ludowym. To polscy informatycy i naukowcy, którzy niestety często mają problem z przebiciem się ze swoimi ideami – mówi prof. Krzysztof Piech.

Inwestuje Pan w coś poza bitcoinem?

Lubię projekty, które wnoszą coś więcej niż aspekt spekulacyjny. Nie te, gdzie na pierwszym miejscu jest marketing, ale jakaś myśl technologiczna. Widać, że to się sprawdza na dłuższą metę. Podoba mi się EOS, Binance coin, który ostatnio poszedł w górę –  zgodnie z przewidywaniami, bo stoi za nim solidny zespół i biznes. To z wiodących projektów, a z innych… zobaczymy. Z kryptowalutami jest tak, że czasem warto włożyć w nie środki i zapomnieć o nich na parę lat. Nie zawracać sobie głowy perspektywą szybkich wzrostów, albo cięciem strat, bo różnie może być. Jest wiele strategii inwestycyjnych, ja raczej hodluję. 

Długa pozycja

Tak, za dużo czasu spędziłem na day tradingu. Długie miesiące życia w stresie, trejdowania w weekendy, w nocy. Gdy ma się rodzinę, lepiej jest podchodzić do tego na spokojnie. 

Bitcoin odbije się do ceny 20 tysięcy dolarów za sztukę?

Technologia blockchain wiąże się z kryptowalutami. Bitcoin ma 65% dominacji na rynku kryptowalut. To samonapędzająca się machina. Ponieważ blockchain będzie się upowszechniał mając różne coiny, będzie to nakręcało również zainteresowanie bitcoinem. Ponieważ cena bitcoina będzie rosła, to będzie nakręcało zainteresowanie blockchainem. Jak dotąd bitcoin rósł zawsze w dłuższej perspektywie i myślę, że tak będzie w przyszłości. 

I nie zostanie zdelegalizowany jak w Indiach?

To tak jakby delegalizować internet. Są kraje, które próbują, ale to wyjątki od reguły. O ile można było mieć takie wątpliwości jeszcze w 2014 roku, teraz nikt już o tym poważnie nie myśli. Politycy zrozumieli, że nie da się posiadać świata bez bitcoina. Nie ma solidnych zagrożeń technicznych i prawnych, czy związanych z bezpieczeństwem, które przemawiałyby przeciwko niemu. Są sugestie, że służy do prania brudnych pieniędzy, ale w rzeczywistości skala tego zjawiska jest malutka, to jest 1 do 800 w porównaniu z gotówką. Wykorzystanie bitcoina przez terrorystów też jest znikome. Ponoć były 2 takie przypadki na świecie, ale to też niepotwierdzone informacje.

Kwestia tego, jak rządzący nauczą się żyć z tym, że może istnieć pieniądz, którego nie kontrolują? Dotąd politycy zawsze o to walczyli zgodnie z powiedzeniem “kto ma kontrolę nad pieniądzem ten ma władzę”. Kontroli nad bitcoinem nie ma nikt. To pokazuje jak bardzo, wraz z postępem technologicznym, będzie się zmieniać rola rządów na świecie. Popatrzmy na Facebooka i Googla – jaką te firmy mają władzę nad ludźmi, ile informacji na ich temat? To kolejne kamyki pokazujące, że zmniejsza się rola rządów we współczesnym świecie. Kiedyś można było być władcą absolutnym. Teraz rządy muszą trzymać się konstytucji (a przynajmniej powinny), muszą trzymać się różnych instytucji w systemie check & balance, gdzie nawet zwykły sędzia może zablokować decyzję prezydenta Stanów Zjednoczonych… To wraz z postępem technologicznym zabiera władzy część swobody w podejmowaniu decyzji. Powoduje duży niepokój po jej stronie, ale daje więcej praw i możliwości zwykłym ludziom. 

Czyli blockchain i kryptowaluty wpłyną na rozwój ludzkości, filozofię?

Tak. Jeśli konstytucja to zbiór reguł, jeśli bank centralny to zbiór reguł i określonych zasad funkcjonowania, to można by pomyśleć o smart kontrakcie na blockchainie, który nie jest kierowany przez nikogo u góry. Już odchodząc od kwestii technicznych, blockchain daje tę przejrzystość. Daje możliwość funkcjonowania czegoś w sposób niezaprzeczalny, a o to właśnie chodzi. Gdybyśmy mieli konstytucję na blockchainie i zajęli się walutami cyfrowymi, świat mógłby wyglądać inaczej… i będzie. 

Do tej pory istniało przywiązanie człowieka do ziemi, do jakiegoś terytorium, a teraz… ludzie mogą w miarę swobodnie przemieszczać się między krajami, mogą bardzo łatwo wymieniać się informacjami. Również pieniądze będą krążyć w mniej kontrolowany sposób. To daje dużo większą demokrację w życiu codziennym. Oznacza to, że będą tworzyły się tarcia z centralnie funkcjonującymi w oparciu jeszcze o XIX-wieczne reguły gry – rządami, jurysdykcjami, bankami centralnymi. Coraz więcej rzeczy będzie po stronie zwykłych ludzi, zmniejszy się liczba pośredników, zmniejszy się rola rządu, który jest pewnego rodzaju pośrednikiem w realizacji wszystkiego, co chciałoby społeczeństwo. Próbuję w naszym kraju podnosić ten temat pokazując, że to są zmiany nie do uniknięcia. 

Malta tworzy Blockchain Island – chce być Blockchainową Wyspą. Mam nadzieję, że u nas też będzie to kiedyś możliwe, że w naszym środowisku regulacyjnym będzie można tworzyć pomysły rewolucyjne w skali światowej. Mamy do tego predyspozycje intelektualne i wcale nie jest tu potrzebny duży kapitał. 

Co jest potrzebne?

Pewnego rodzaju otoczka regulacyjna. Taka, gdzie w pewnym środowisku, bez większego skrępowania, ale w sposób bezpieczny dla klientów, można rozwijać nowe biznesy oparte na technologii. Czy to będzie sandbox regulacyjny czy jakakolwiek inna forma, to jest to czego potrzebuje nasz kraj. Niestety nie mamy takich instytucji, czy chętnych do tego władz. To nie krytyka tej, konkretnej władzy, ale ogólnej filozofii myślenia polityków. Dobry rząd powiedziałby: działajcie u nas, a my będziemy patrzeć, jakie macie bariery dla swojej działalności i będziemy stopniowo je eliminować ucząc się, co jest wam potrzebne do rozwoju i dostarczając Wam takich usług publicznych, jakich potrzebujecie. 

W tę stronę poszła Estonia, Szwajcaria, Singapur, Gibraltar, czy sąsiadująca z nami Litwa, której bank centralny jest  niebywale otwarty na blockchainowe pomysły, Malta, o której wspominałem..

Tam zaczątki takiego myślenia już są. Jak wbić się w trendy, które widać na rynku i na tym zarobić? Jak wyróżnić się na rynku wśród ponad 200 państw świata i sprawić, by nasze parę milionów obywateli mogło być bogatszymi i szczęśliwszymi, niż parę miliardów innych osób. Technologia daje niesamowitą szansę. Współcześnie to nie węgiel kamienny – to technologia daje szansę, żeby zrobić coś świetnego, coś lepszego niż ma zagranica. A my jesteśmy w stanie to zrobić! Jesteśmy w stanie za pomocą technologii informatycznych, ale i innych talentów po stronie naukowej – czy to będzie grafen, czy być może w przyszłości biotechnologia, a może jeszcze co innego? Możemy stworzyć niesamowite rzeczy w skali świata i próbować go nimi podbić.

I co z tymi regulacjami w Polsce?

Podejmowaliśmy wiele inicjatyw. 5 lat temu, po upadku największej wówczas giełdy kryptowalutowej Mt.Gox, proponowaliśmy w Polsce pierwszą na świecie samoregulację sektora giełd kryptowalutowych. Później podjęliśmy próby, jako Polskie Stowarzyszenie Bitcoin. Następnie staraliśmy się o to pod skrzydłami Ministerstwa Cyfryzacji, mając zaangażowanie i poparcie wszystkich instytucji, łącznie z KNF. Niestety nadal stoimy w miejscu. 

My, jako branża potrafimy się zorganizować, bardzo często przy niewielkich środkach. Intelektualnie jesteśmy w stanie rozwiązać problemy prawne, naukowe i organizacyjne, z którymi w dalszym ciągu borykają się w Stanach Zjednoczonych czy w innych krajach. Rozwiązaliśmy je, ale współpraca całego środowiska z szeroko rozumianym rządem czy władzami, jest ograniczona, a szkoda… bo te biznesy, wielomiliardowe z resztą, które lokują się na Malcie, miały szansę trafić do Polski i zasilać podatkami nasz budżet. 

Nie udało się, trudno, ale można by zrobić cokolwiek, bo dystans do światowej czołówki nie jest na tyle wielki, by nie dało się go jeszcze przeskoczyć, póki nie trzeba lokować milionów dolarów w tego typu projekty. Na tym etapie wystarczy dobra wola i intelekt.

Skąd opór rządzących?

Każdy rząd na świecie działa podobnie. To jednostki centralne. Każda władza lubi mieć więcej władzy i żadna władza nie lubi się nią dzielić z innymi. To naturalne odruchy obronne. Do tego dochodzi kwestia edukacji technologicznej i znajomość trendów. Jest inaczej, jeśli polityk patrzy tylko na słupki poparcia, a inaczej – gdy ma szerszą perspektywę i widzi jak ten świat się zmienia. Jeździ po nim, był w Chinach i w Dolinie Krzemowej i ma świadomość tego, co rzeczywiście dzieje się w tych centrach światowej technologii. Wtedy dostrzega, że na naszym podwórku, peryferyjnym z punktu widzenia światowych rynków technologicznych i finansowych, należy pewne rzeczy poprawić i zmienić. 

To są te kwestie. Ale jest jeszcze jedna i zajęło mi parę ładnych lat, by to zrozumieć. Jest bardziej podstawowa przyczyna czy też problem, jeśli chodzi o rozwój kraju w oparciu o technologię. Podpowiedział mi to doradca Tony’ego Blair’a, który był jego pierwszym e-ambasadorem, pan Andrew Pinder. Widziałem to także w niektórych krajach. A chcę dodać, że przez ponad 20 lat naukowo i doradczo zajmowałem się analizą polityk gospodarczych, czynników rozwoju krajów, więc nieco się na tym znam. Tą kwestią, na którą chcę zwrócić uwagę, jest tak zwane przywództwo. 

To kwestia osoby, osobowości wręcz, która weźmie na siebie za coś odpowiedzialność. Nie trzeba dużych zmian w legislacji, by kraj z peryferyjnego mógł wskoczyć do pierwszej piątki czy dziesiątki na świecie. Dlaczego Litwa jest jednym z bardziej rozpoznawalnych krajów jeśli chodzi o blockchain? Osiągnęła to w ciągu zaledwie dwóch lat, ze względu na jedną osobę z zarządu banku centralnego, pana Jurgilasa, który zaangażował się w te kwestie. Był w stanie nadrobić braki edukacyjne i zaryzykować całą swoją karierę, by poprzeć pewną gałąź rynku. I udało się, choć ryzyko wziął na siebie duże. Weźmy przykład Gruzji – malutki, biedny kraj, ale bardziej zaawansowany technologicznie od Polski. To zasługa jednego wiceministra i to sprawiedliwości, a nie cyfryzacji czy finansów.

Brakuje nam jednej osoby, która byłaby wizjonerem i zaryzykowała by karierę, biorąc odpowiedzialność za bardzo trudny sektor nowych technologii. A blockchain, zaś w szczególności kryptowaluty, to już w ogóle kosmiczny temat. Zajęcie się nim wymaga wizjonerstwa i odwagi na miarę prezydenta Kennedy’ego, który wytyczył drogę człowieka na Księżyc. Dużo rzeczy po drodze może nie wyjść. Wyobraźmy sobie ministra, który zaprasza 10 startupów na spotkanie i mówi: “słuchajcie, opinio publiczna, to są fajni ludzie, wspierajmy ich”. A po roku upada 9 z nich. A taki jest rynek. Większość startupów upada, większość kryptowalut upadnie z mniejszym lub większym hukiem. To normalne na wolnym, nieskrępowanym rynku. Tylko, że politykom wydaje się, że trzeba popierać tylko sukcesy. Uważają, że nie powinni angażować się rzeczy, które mogą zakończyć się porażką. Ale to jest sprzeczne z kapitalizmem i podstawami gospodarki rynkowej, która opiera się na oczyszczaniu rynku z nieefektywnych podmiotów.

Jest ktoś taki w Polsce?

Są politycy, którzy wiedzą co to kryptowaluty. Są w stanie je dotknąć, mówiąc w przenośni, bo się nimi posługują, ale to wyjątki. Jest dosłownie kilka takich osób na kilkuset aktywnych polityków, czyli mniej niż 1 procent. Mamy panią minister Emilewicz, której resort zainteresował się tym tematem i fajnie by było, gdyby wziął pod swoje skrzydła blockchainową i kryptowalutową branżę. To chyba jedyne miejsce, w którym można by upatrywać nadzieji. Ale czy tak będzie? Zobaczymy. Jak mówiłęm, to nie jest kwestia resortu, ale osobowości. Od kilku lat próbuję dotrzeć do świadomości rządzących i stoimy mniej więcej w miejscu. Czasami się udaje coś poruszyć, a później zmiana urzędnika czy polityka i następuje zwrot o 180 stopni. 

Nie stracił Pan woli walki?

Trochę tak. Nie zaangażowałem się ostatnio we współpracę z KNF-em czy Ministerstwem Cyfryzacji nie wierząc, że te instytucje wypracują coś konkretnego. Perspektywa ostatniego 1,5 roku pokazała, że miałem rację, a bardzo chciałem się mylić. Szkoda, bo przespaliśmy kolejny rok, a świat nie śpi. Pokłosiem tego i udawania, że branży kryptowalutowej nie ma i nie ma związanych z nią problemów jest BitMarket, łącznie z prawpodopodobnym samobójstwem człowieka. Częściową, pośrednią, moralną odpowiedzialność za to ponoszą niektóre osoby z władz – choć jest to przykre do powiedzenia, bo tej sytuacji można było uniknąć wprowadzając na czas odpowiednie regulacje, które zresztą na czas sami, bez pytania i polecenia – przygotowaliśmy. Gdyby BitMarket przeszedł audyty finansowe i techniczne, ludzie zaoszczędziliby 100 milionów, nie mówiąc o życiu jednej osoby.

Ale cóż, ja jestem naukowcem, wspieram startupy, a decyzje polityczne podejmuje ktoś inny. Może kiedyś coś się zmieni, bo to bardzo nieekonomiczne, że kraj, który ma jednych z najlepszych informatyków na świecie, który wspiera branżę gamingową, zapomina o innych zastosowaniach informatyki. 

Gdybym miał wskazać coś, co jest dobrem narodowym Polski: to nie węgiel czy żubry, przyroda albo tancerka w stroju ludowym. To polscy informatycy i naukowcy, którzy niestety często mają problem z przebiciem się ze swoimi ideami. Należy ich wspierać, niekoniecznie finansowo ze środków publicznych, bo oni sobie poradzą, tylko ułatwić im wchodzenie na rynek. Najpierw lokalny, później międzynarodowy – a to trudniejsze zadanie. I tutaj nie gdybam i teoretyzuję, tylko biorę udział w projekcie Tecra i mam nadzieję, że uda nam się stworzyć coś fajnego. Za pomocą technologii blockchain, w dodatku. 

 

O projekcie TecraCoin w drugiej rozmowie z profesorem Krzysztofem Piechem.

Dodaj komentarz