Od tygodnia polski internet płonie po tym, jak prezydent Karol Nawrocki zawetował ustawę, która miała regulować branżę kryptowalut nad Wisłą. Decyzja głowy państwa w tym przypadku była jak najbardziej słuszna, bowiem przygotowany przez Ministerstwo Finansów dokument zawierał skandaliczne zapisy, które krytykowali nawet eksperci z zagranicy. W tym artykule wyjaśniamy, dlaczego wokół sprawy narosło tyle dyskusji i które zapisy najbardziej niepokoiły społeczność blockchaina w Polsce.
- Polska ustawa o kryptoaktywach była znacznie grubsza niż samo rozporządzenie MiCA, czyli ogólnoeuropejskiej dyrektywy dla branży kryptowalut.
- Powierzenie władzy nad polską branżą kryptowalut Komisji Nadzoru Finansowego (KNF) stanowiłoby tykającą bombę dla każdego podmiotu z tego sektora.
- Rząd Donalda Tuska utrzymuje jednak, że przepisy te miały chronić przedsiębiorców oraz inwestorów. Dowodów na nieprawdziwość tego stwierdzenia nie brakuje.
O co chodzi w wojnie o kryptowaluty w Polsce?
Donald Tusk i jego współpracownicy od kilku dni zalewają internet dezinformacją w kwestii regulacji kryptowalut nad Wisłą.
Najbardziej powielanym argumentem ze strony premiera i jego rządu było twierdzenie, że zeszłotygodniowe weto oznacza wsparcie interesów Rosji przeciwko Polsce.
Zauważcie, że w ostatnim czasie wszyscy przeciwnicy obecnego rządu są wrzucani do tego worka z napisem „ruscy agenci”.
Teraz nagle wszystko, co jest związane z kryptowalutami, musi mieć coś wspólnego z Kremlem i Władimirem Putinem. Czy jednak, gdy Ukraina otrzymała od społeczności tego rynku miliony dolarów w cyfrowych aktywach, to również było źle?
Kolejny nietrafiony argument to kwestia wspierania oszustów i prania pieniędzy. Powielany przez Tuska i polityków koalicji przykład, że z trzech milionów polskich inwestorów kryptowalut aż 20% zadeklarowało bycie oszukanym, co ma potwierdzać konieczność wprowadzenia dokładnie tych regulacji, które przygotowało MF, jest absurdem.
W Polsce to są blisko trzy miliony osób, które rozpoczęły tego typu przedsięwzięcia, inwestowanie w kryptowaluty. według raportu Polskiego Instytutu Ekonomicznego 20 procent, a więc 600 tysięcy Polek i Polaków zostało już oszukanych na tym rynku przez nieuczciwych graczy
– mówił premier.
W żadnym stopniu nie wyjaśniono, gdzie i w jakiej formie to były scamy, na które dała się złapać wspomniana grupa 600 tys. osób i czy można było temu zapobiec poprzez odpowiednie regulacje. Oczywiście przemilczano fakt, że gdyby pokrzywdzone osoby posiadały odpowiednią edukację z zakresu cyfrowych finansów i były świadome czyhających w cyberświecie zagrożeń, to możliwe, że nie dałyby się naciągnąć na dany scam.
Regulacje niczego by nie zmieniły w przypadku, gdy ktoś kupuje memecoina od jakiejś zagranicznej firmy, która następnie wykonuje rug pull (czyli wyciąga całą płynność z rynku) lub w ogóle nigdy go nie wypuszcza do obrotu. To samo dotyczy udziału w piramidach finansowych. Analogicznie, przepisy dot. sektora przemysłowego odnośnie produkcji noży nie sprawią, że z ulic wyparują wszyscy nożownicy.
Dowodów na to, że argumenty rządu Tuska przemawiające przeciwko kryptowalutom, nie są zgodne z prawdą,
Przed weekendem ABW poinformowało, że rozbito grupę kolaborantów, którzy współpracowali z Rosją, a za działania szpiegowskie otrzymywali zapłatę w kryptowalutach. Tak, w cyfrowych aktywach można się rozliczać za wszystko, ale tak samo zdrajcy narodu dostają również „wynagrodzenia” w pięknie wydrukowanych dolarach, euro czy polskim złotym.
Co istotne, raport ABW ujawnił, że kryptowaluty te szły przez… regulowaną giełdę OKX, co więc pokazuje, że argumentacja o tym, że implementacja unijnych przepisów do polskiego prawa w tym przypadku nic nie zmienia.
Co więcej, Karol Nawrocki w trakcie rozmowy z Krzysztofem Stanowskim w „Kanale Zero” stwierdził, że przed zawetowaniem tej ustawy ani razu nikt mu nie powiedział, że należy ją podpisać, ponieważ jest to „ratunek dla polskich przedsiębiorców i inwestorów” oraz opcja na zatrzymanie rosyjskich szpiegów.
Tusk próbuje rozdmuchać kolejną aferę, aby zataić fakt, że jego rząd koncertowo zawalił sprawę budżetu w polskim systemie zdrowia. Więcej na ten temat pisał Jacek Walewski w tym artykule.
Nie będziemy się już rozwodzić nad absurdalnymi wypowiedziami polityków, którzy twierdzą, że weto Nawrockiego doprowadziło do spadków na rynku kryptowalut czy, że skoro ta klasa aktywów ma w swojej nazwie „krypto”, to już z marszu oznacza, że jest to coś złego.
O co tyle krzyku?
O tym, że odrzucona (już dwukrotnie) ustawa o kryptoaktywach jest po prostu jednym wielkim zagrożeniem dla chcącej legalnie i rozwojowo działać branży kryptowalut, pisaliśmy wielokrotnie.
Ekonomiści, prawnicy, eksperci, dyrektorzy wielkich firm i wiele innych osób głośno wskazywało w poprzednich miesiącach, jakie dokładnie zapisy sprawiają, że to ustawodawstwo zostało po prostu stworzone w celu zabicia tego sektora w Polsce i wypędzenia z niej krypto-przedsiębiorstw, a nie żadnego wspierania ich ze strony rządu.
Przyjrzyjmy się więc, co dokładnie zawiera ustawodawstwo, które zdaniem rządu miało uczynić polską branżę kryptowalut bezpieczniejszą i silniejszą, a z drugiej strony budziło głośny sprzeciw tego sektora.
W skrócie oto główne problemy polskiej ustawy:
- Opłata roczna 0,4% od przychodów, która uderza w niskomarżowe firmy i startupy, szczególnie podczas bessy.
- Rejestr domen KNF – mechanizm quasi-cenzury, z obowiązkowym blokowaniem stron przez telekomy i hosting.
- Blokowanie kont i transakcji do 6 miesięcy, co może sparaliżować firmy i odciąć klientów od środków.
- Ryzyko stania się najdroższą jurysdykcją MiCA, z najwyższymi kosztami licencyjnymi i nadzorczymi.
- Odpływ firm i talentów za granicę, bo MiCA umożliwia wybór dowolnego kraju UE do autoryzacji.
- Efekt mrożący dla startupów – duże ryzyko prawne + koszt compliance = bariera wejścia.
- Nadmierna biurokracja i obciążenia regulacyjne, wymagające stałej obsługi prawnej i kosztownych procesów.
- Ograniczenie innowacyjnych usług – firmy mogą rezygnować z ryzykownych produktów, by uniknąć sankcji.
- Mniejszy wybór usług dla użytkowników, bo część podmiotów nie wejdzie na rynek lub będzie działać „minimalnie”.
- Mechanizmy „ochronne”, które w praktyce szkodzą klientom – blokada giełdy oznacza natychmiastową utratę dostępu do własnych środków.
Najmocniejszy punkt krytyki to roczna opłata, wynosząca do 0,4% średnich przychodów kryptowalutowych firm z ostatnich trzech lat (z minimalnym progiem), liczona od przychodów, nie dochodu. To realnie mogło uderzać w modele niskomarżowe i w firmy na wczesnym etapie rozwoju. W okresie panowania bessy na rynku, gdy krypto-firmy zarabiają znacznie mniej w skali roku, taki zapis oznacza budżetową katastrofę.
Kolejna kwestia to organ, któremu miałaby podlegać branża w Polsce. Ustawa przewidywała jawny rejestr domen prowadzony przez Komisję Nadzoru Finansowego (KNF) oraz obowiązki po stronie telekomów i hostingu. Choć cel deklarowano ochronny, mechanizm mógł prowadzić do scenariusza „najpierw odcięcie, potem spór”. Już wyjaśniamy, o co chodzi.
W praktyce takie narzędzia oznaczają:
- Blokowanie domen i DNS, wraz z dodatkowymi obowiązkami telekomunikacyjnymi i hostingowymi, co tworzy środowisko przypominające cenzurę.
- Zamrożenie kont na okres od 96 godzin do 6 miesięcy na wniosek KNF.
W uzasadnieniu weta podkreślono, że ustawa dawała KNF możliwość blokowania rachunków oraz wstrzymywania transakcji w ramach nowych kompetencji nadzorczych. To wrażliwy obszar z punktu widzenia płynności biznesu i bezpieczeństwa klientów.
Więc, w momencie, gdy KNF nagle blokuje daną platformę do tradingu, na której trzymacie swoje środki, to momentalnie zostajecie od nich całkowicie odcięci. Taka firma musi się teraz tłumaczyć, że nic nie zrobiła, a z racji zamrożenia jej płynności, grozi jej bankructwo, a inwestorzy zostają bez dostępu do swojego kapitału. Tak własnie wygląda zdaniem rządzących ich „ochrona”.
Ustawa mogła zmienić Polskę w najdroższą i najbardziej ryzykowną jurysdykcję licencyjną MiCA w regionie. Weźmy pod uwagę, że MiCA daje paszportowanie w UE, dzięki czemu firmy mogą sobie tak naprawdę wybrać kraj autoryzacji, który jest stabilny, przewidywalny i kosztowo rozsądny.
Wysoka opłata roczna plus rozbudowane narzędzia nadzorcze tworzyłyby bodziec do przeniesienia licencji i zespołów za granicę. Polska więc nie zarabia, a pieniądze z podatków oraz innych wymaganych kosztów trafiają do kieszeni innego państwa.
Czy polska ustawa może zaszkodzić branży krypto w Polsce?
Odpowiedź na powyższe pytanie jest twierdząca. Polska branża blockchaina ma zdecydowanie więcej do stracenia w wyniku obecnej formy tej ustawy niż do zyskania. Wyjaśnijmy to z podziałem na określone segmenty.
Odpływ biznesu do innych państw MiCA
MiCA daje dostawcom kryptowalutowych usług bardzo atrakcyjne narzędzie, jakim jest paszportyzacja. Wystarczy jedno zezwolenie w dowolnym państwie UE, aby legalnie świadczyć usługi w całej Wspólnocie.
Jeśli Polska stanie się jednym z najbardziej restrykcyjnych krajów pod względem:
- poziomu kar,
- kosztów licencji,
- ryzyka blokady domen,
- oraz ostrego reżimu karnego,
to naturalnym wyborem dla wielu giełd i fintechów będzie rejestracja w innym państwie członkowskim oraz świadczenie usług Polakom własnie na zasadzie paszportu, przy minimalnym „dotyku” krajowych przepisów.
Mniej innowacji, a więcej „papierologii”
Dla małych i średnich projektów:
- koszt licencji + koszt prawnika + ryzyko osobiste zarządu = mocny sygnał, że bez dużego kapitału w branży krypto się nie startuje.
- skomplikowana siatka przepisów (ustawa o krypto, MiCA, ustawa o nadzorze, AML, ustawa o obrocie, prawo bankowe itd.) będzie wymagała stałej obsługi regulacyjnej.
Efekt może być taki, że zamiast innowacyjnych polskich projektów będziemy częściej widzieć zagraniczne podmioty, które „wpadają” do nas tylko marketingowo, z licencją z innego kraju UE.
Mniej ofert dla użytkowników detalicznych
Dla zwykłych użytkowników potencjalne plusy to:
- lepsza ochrona przed scamami,
- większa pewność co do licencji i nadzoru,
- czytelne ostrzeżenia regulatora.
Ale jest też druga strona medalu:
- część podmiotów w ogóle nie wejdzie na polski rynek (obawa przed blokadą domen/surowym nadzorem);
- inne będą minimalizować ofertę (np. brak bardziej innowacyjnych produktów, bo wiążą się z ryzykiem product-intervention ze strony KNF).
Rezultatem będzie to, że użytkownicy mogą mieć ostatecznie mniejszy wybór legalnych usług, a część i tak „ucieknie” w kierunku zagranicznych platform działających na pograniczu prawa.
Wniosek jest prosty
Polska potrzebuje ustawy implementującej zasady wynikające z rozporządzenia MiCA, ale takiej, która nie będzie „najcięższą” wersją europejskiej harmonizacji. Weto Nawrockiego zatrzymało wdrożenie modelu, który byłby nieproporcjonalny kosztowo i zbyt inwazyjny narzędziowo.
Kluczową kwestią pozostaje to, czy nowy projekt zdoła pogodzić ochronę inwestorów z realną konkurencyjnością Polski jako miejsca licencjonowania i rozwoju Web3. Branża blockchaina od początku komunikowała, że nie jest przeciwna regulacjom, tylko nie zgadza się na wprowadzania przepisów, które zamiast wspierać jej rozwój, to prowadzą do jego wstrzymania.
Śledź CrypS. w Google News. Czytaj najważniejsze wiadomości bezpośrednio w Google! Obserwuj ->
Zajrzyj na nasz telegram i dołącz do Crypto. Society. Dołącz ->