Changpeng Zhao wywołał kolejną gorącą dyskusję w branży kryptowalut, przekonując, że statystycznie bezpieczniej jest trzymać cyfrowe aktywa na giełdach niż we własnym portfelu. Były szef Binance przedstawił kilka mocnych argumentów, ale porównał dwa zupełnie inne rodzaje zagrożeń, podczas gdy historie zondacrypto, FTX czy blokad na MEXC pokazują, co wiąże się z oddaniem kontroli nad środkami pośrednikom.
- Zhao powołał się na dane Willy’ego Woo, według których w wyniku problemów z samodzielnym przechowywaniem utracono około 1,57 miliona BTC, wobec 1,51 miliona BTC straconych na giełdach.
- Przedstawione dane nie uwzględniają jednak w pełni przypadków zamrożonych kont, niewypłacalności platform ani przypadków, w których użytkownicy przez miesiące nie mogli wypłacić należących do nich aktywów.
Czy warto trzymać środki na CEX-ach?
Debata o bezpieczeństwie kryptowalut zwykle sprowadza się do prostego hasła: „nie twoje klucze, nie twoje krypto”.
Atak na użytkowników Coldcard pokazał jednak, że samo posiadanie kluczy prywatnych nie rozwiązuje wszystkich problemów.
Changpeng Zhao wykorzystał ten moment, aby zakwestionować jedną z najważniejszych zasad branży i przekonać, że dla wielu osób większe bezpieczeństwo może zapewniać giełda.
Problem w tym, że CEX chroni użytkownika przed częścią jego własnych błędów, ale jednocześnie wymaga oddania kontroli firmie, która może zamrozić konto, zablokować wypłatę albo po prostu upaść.
Spór nie dotyczy więc wyłącznie tego, gdzie najczęściej giną bitcoiny, lecz także tego, kto ponosi odpowiedzialność i kto naprawdę decyduje o dostępie do środków.
Dyskusję tę rozpoczął analityk Willy Woo, który zestawił szacowaną liczbę bitcoinów utraconych w ramach portfeli self-custody ze stratami poniesionymi na scentralizowanych platformach.
Według przedstawionych przez niego danych użytkownicy samodzielnie przechowujący kryptowaluty stracili około 1,57 miliona BTC, natomiast z giełd zniknęło 1,51 miliona BTC.
Changpeng Zhao uznał więc, że liczby przemawiają na korzyść giełd.
Były prezes Binance zaznaczył przy tym, że dane dotyczące włamań na scentralizowane platformy są stosunkowo łatwe do zebrania, podczas gdy straty prywatnych użytkowników często nigdy nie zostają publicznie zgłoszone.
W jego ocenie rzeczywista różnica może więc być jeszcze większa.
CZ nie twierdzi jednak, że należy trzymać wszystkie środki na jednej platformie.
Zasugerował raczej dywersyfikację między kilkoma depozytariuszami, aby awaria lub problem jednej firmy nie oznaczały utraty dostępu do całego kapitału.
Jak wspomniano wyżej, teza ta pojawiła się w wyjątkowo dogodnym momencie dla zwolenników giełd.
W wyniku luki w oprogramowaniu portfeli Coldcard skradziono już około 1596 BTC z ponad 7300 adresów.
Błąd osłabiał losowość wykorzystywaną do tworzenia kluczy prywatnych, dzięki czemu przestępcy mogli odtwarzać część fraz seedowych bez przejmowania fizycznego urządzenia.
Giełda chroni przed użytkownikiem, ale nie przed sobą
Na pewno CZ ma rację w jednej istotnej kwestii.
Dla osoby, która zapisuje seed w chmurze, pobiera fałszywe aplikacje, klika podejrzane linki albo nie rozumie podpisywanych transakcji, duża platforma może być bezpieczniejsza niż portfel niepowierniczy.
Giełdy posiadają specjalne zespoły bezpieczeństwa, systemy wykrywające podejrzane logowania i wypłaty, listy zatwierdzonych adresów oraz możliwość zatrzymania transakcji.
Chronią więc użytkownika również przed częścią jego własnych błędów.
Problem zaczyna się w chwili, gdy giełda wykorzystuje te same mechanizmy przeciwko klientowi.
Przykłady? Proszę bardzo.
MEXC zamroziło traderowi znanemu jako White Whale ponad 3,1 miliona dolarów, mimo że, według jego relacji, nie złamał zasad platformy.
Algorytm po prostu uznał jego działalność za podejrzaną, a giełda przez około trzy miesiące odmawiała mu wypłaty.
Środki zwolniono dopiero po publicznej kampanii i fali krytyki, a przedstawicielka firmy przyznała, że popełniono błąd.
W przypadku portfela niepowierniczego taki scenariusz nie ma prawa się wydarzyć.
Nikt nie może zażądać dodatkowego dokumentu, zatrzymać przelewu ani uznać właściciela za „podejrzanego”, ponieważ tylko on posiada klucz prywatny.
FTX stanowi dobry przykład złych praktyk
Jeszcze większym ryzykiem jest upadek samej giełdy.
Klienci FTX widzieli na swoich kontach konkretne salda i byli przekonani, że należące do nich kryptowaluty pozostają dostępne.
Dopiero po załamaniu się płynności finansowej platformy okazało się, że środki klientów były nielegalnie inwestowane w działalność Alameda Research, a poszkodowani stali się wierzycielami upadłej firmy.
Analogiczna sytuacja dotknęła kilka miesięcy temu Polaków, którzy korzystali z zondacrypto.
Tego rodzaju straty trudno porównać z utraconym seedem.
W jednym przypadku użytkownik ponosi odpowiedzialność za własny błąd, a w drugim zrobił wszystko zgodnie z instrukcjami, ale został pozbawiony środków przez decyzje ludzi zarządzających platformą.
Dlatego statystyka przywołana przez Zhao nie daje prostej odpowiedzi na pytanie, która opcja jest lepsza.
Giełda może być wygodniejsza i praktycznie bezpieczniejsza dla początkującego użytkownika, ale wymaga pełnego zaufania do operatora.
Self-custody usuwa ryzyko związane z pośrednikiem, lecz przenosi całą odpowiedzialność za klucze na właściciela.
Najrozsądniejszym rozwiązaniem pozostaje podział ryzyka: niewielkie środki potrzebne do handlu można trzymać na renomowanej giełdzie, a większy kapitał przechowywać w kilku portfelach, zabezpieczając je odpowiednimi kopiami seedów lub konfiguracją multisig.
Śledź CrypS. w Google News. Czytaj najważniejsze wiadomości bezpośrednio w Google! Obserwuj ->
Zajrzyj na nasz telegram i dołącz do Crypto. Society. Dołącz ->