fbpx

Wolność internetu umiera na COVID. Raport Freedom House

Marek Lesiuk
Zagrożenia

Zgodnie z raportem think tanku Freedom House, epidemia koronawirusa pociągnęła za sobą inną światową epidemię – internetowej cenzury oraz innych form zakłócania czy niszczenia wolności w sieci. Działania takie podejmowane są przez rządy na całym świecie, korzystające z poczucia wszechwładzy i bezkarności wywołanych kryzysem epidemicznym.

Wirus Wuhan, szalejący po globie, nie przestaje być przedmiotem radykalnie przeciwstawnych opinii. Spektrum owych waha się szeroko. Po jednej stronie słychać głośne, niestroniące od paniki opinie upatrujące w koronawirusie egzystencjalne zagrożenie dla bytu ludzkości, dla zwalczenia którego gotowi są poświęcić wszystkie inne kwestie – polityczne, społeczne, gospodarcze czy nawet medyczne (ale niezwiązane z COVID).

Z drugiej natomiast strony przybywa głosów wskazujących na nieuzasadnioną restrykcyjność i (często) nieskuteczność środków podejmowanych do walki z nim, wywołaną przez te środki ruinę ekonomiczną czy długofalowe negatywne następstwa długotrwałej izolacji, a także nieadekwatnie niską w stosunku do ponoszonych kosztów śmiertelność tegoż wirusa, podobno niższą niż zwykłej grypy.

Niezależnie od opinii na ten temat, względem jednej problematyki związanej z następstwami epidemii można pokusić się o stwierdzenie, iż panuje wobec niej zgodność. Otóż rządy na całym świecie, wykorzystując wywołany chorobą chaos oraz społeczną gotowość do akceptacji nadzwyczajnych rozwiązań, jęły na potęgę forsować coraz bardziej dotkliwe i zamordystyczne formy kontroli nad obywatelem – motywowane naturalnie walką z wirusem, co jednak często zdaje się być wyłącznie pretekstem.

„Boot stamping on a human face”

Zjawisko to obrazuje najnowszy raport przedstawiony przez Freedom House, waszyngtoński think tank monitorujący swobody obywatelskie na świecie (z naciskiem na te polityczne). Swoim tytułem, „The Pandemic’s Digital Shadow„, oddaje generalny trend, który ma miejsce w ciągu bieżącego roku na świecie – „stabilnie coraz gorzej”.

Jak pokazują analizy poczynione przez analityków Freedom House, organa i kręgi rządowe zdają się być działać zgodnie z zasadą „never let a serious crisis go to waste„. Pod pretekstem wzmożonej walki z wirusem wymuszane są działania, które częstokroć nie mają nic wspólnego z pandemią, za to mnóstwo wspólnego z dążeniem do poszerzania urzędowej władzy i kontroli – oczywiście kosztem rzekomo „nienaruszalnych” i gwarantowanych przez te same rządy praw jednostki.

Działania te, nie sposób wykluczyć, forsuje się częstokroć także bez stosownego mandatu prawnego, bowiem opierając się na aktach „administracyjnych” ze strony rządowych biurokracji, arbitralnie interpretujących na swoją korzyść nadzwyczajne prerogatywy wynikające z powszechnie ogłaszanych stanów wyjątkowych.

Trend ten co prawda z różnym nasileniem obserwowalny jest od dekady – kolejne inicjatywy ze strony czynników państwowych w dziedzinie polityki dot. internetu i komunikacji z reguły sprowadzały się wyłącznie do coraz to nowych form wtrącania się państwa tam, gdzie doskonale radzono sobie bez niego. Obecny rok jednak przyniósł prawdziwą eksplozję takich rozwiązań.

Rząd zawsze mówi prawdę – a spróbuj się nie zgodzić…

Pretekst w postaci pandemii doprowadził do radykalnego, skokowego wzrostu zapędów cenzorskich w internecie. Liczne rządy podejmują próby ordynarnego (i dość bezczelnego, biorąc pod uwagę zapisane konstytucyjnie swobody) blokowania stron i treści uznawanych przez siebie za niepożądane – i to nawet tam, gdzie dotąd wydawało się to politycznie nie do pomyślenia; w krajach zaś już autorytarnych obserwować można wzmożoną agresywność czynników rządowych w tej dziedzinie.

Tłumaczeniem takich działań jest oczywiście konieczność waki z wirusem (zupełnie jakby mógł on rozprzestrzeniać się przez internet…) oraz jak zawsze „dobro obywateli” i ochrona rzeczonych przed dezinformacją. Nie będzie zapewne wielkim zaskoczeniem, że raport uznaje, iż źródła rządowe są równie częstym (o ile nie gorszym) źródłem dezinformacji i fałszywych danych.

Oczywiście, za dezinformację traktuje się przy tym opinie i stanowiska sprzeczne z tymi reprezentowanymi przez establishmenty rządowe, również wtedy, gdy nie mają one nic wspólnego z epidemią i po prostu stanowią polityczną krytykę rządu, jak również (zwłaszcza) wtedy, gdy rzetelnie wypominają błędy, kłamstwa i akty nieudolności ze strony organów państwowych.

Znamy cię lepiej niż ty sam

Drugim, nadzwyczaj powszechnym zjawiskiem są próby agresywnej inwigilacji szerokich kręgów ludności. Do zjawisk już znanych dotąd, lecz uważanych za naganne i/lub nielegalne, jak przechwytywanie metadanych komunikacyjnych (a którego natężenie wybuchło z nową siłą) w szerokim zakresie dołączyły nowe.

Są to przede wszystkim próby wielkoskalowego wykorzystania masowo gromadzonych danych personalnych. W zakres tych zasobów (czy też Big Data) włącza się nie tylko informacje medyczne, ale też pozyskiwane (oficjalnie lub nie) dane pochodzące z obserwacji historii finansowej, aktywności w mediach społecznościowych, mapy połączeń, kontaktów czy nawet lokacji poruszania się.

Zasoby te wykorzystuje się następnie do statystycznej ekstrapolacji modelów zachowań obywateli. Da się przy tym dostrzec wzmożone zastosowanie w tym procesie narzędzi z zakresu sztucznej inteligencji. Tak jak w poprzednim przypadku, rzekomym powodem takich działań są próby „śledzenia przypadków zachorowania”. Choć efekty takich działań na polu walki z epidemią są w najlepszym wypadku wątpliwe, to absolutnie nie przeszkadza organom w gardłowaniu za potrzebą jeszcze większego poszerzenia ich skali.

Oczywiście zakres wykradanej przez rządy prywatności obywateli jest daleko szerszy, niż gdyby było to konieczne do faktycznego mapowania epidemii, nawet jeśli przyjąć by za dobrą monetę twierdzenia czynników państwowych, iż są one naprawdę absolutnie niezbędne (kiedy, rzecz jasna, wcale nie są). Działania takie są także w żaden sposób niekontrolowane, co nieomal gwarantuje, że będą one przedmiotem masowych nadużyć i wykorzystania niezgodnego z rzekomym, obłudnie deklarowanym celem.

To jest mój kawałek podłogi

Trzecim fenomenem, wyłaniającym się z analizy Freedom House, jest zjawisko początkującej, lecz postępującej segmentyzacji internetu na wewnątrzpaństwowe – i przez to w znacznie większym stopniu wrażliwe na wrogie działania rządów – intranety.

Zjawisko to znane jest też pod nazwą dążenia do wykształcenia cyber-suwerenności. Miano to wydaje się być intencjonalnie mylące – samo bowiem zjawisko narodowej suwerenności, sprowadzające się do wolności i niepodległości danego narodu, w szerokim odbiorze kojarzy się zdecydowanie pozytywnie.

Tymczasem zamiarem podejmujących takie próby organów państwowych bynajmniej nie jest wolność, a wprost przeciwnie – możliwość jej bezkarnego i względnie skutecznego ograniczenia czy zupełnego zduszenia. Idea takich działań jest dość prosta i w istocie sprowadza się do wykorzystania fizycznej kontroli nad infrastrukturą internetową oraz możliwości zastosowania siłowych represji wobec nieprawomyślnych.

Oczywiście, skuteczność tychże wymaga odcięcia połączeń z resztą światowej sieci, co także próbuje się osiągnąć za pomocą prostych i brutalnych czynników – tj. fizycznie zablokować możliwość komunikacji ze światem zewnętrznym. Bardziej finezyjne (choć dalece mniej skuteczne) metody obejmują szeroko zakrojone blokowanie konkretnych adresów, aplikacji czy stron.

Dążenie do (pseudo)suwerenności internetu, w odróżnieniu od wcześniej wspomnianych zjawisk, chyba nie doczekało się specjalnych uzasadnień motywowanych epidemią – ciężko sobie zresztą wyobrazić, aby w tak bezczelne kłamstwo jak to, że do walki z koronawirusem potrzeba odcięcia zewnętrznego internetu, uwierzył dosłownie ktokolwiek. Zamiast tego, okraszane jest typowymi frazami o walce z wrażymi wpływami.

Jak (i gdzie) żyć?

W raporcie „The Pandemic’s Digital Shadow” analizie zachowań poddano łącznie 65 państw (Polska nie znalazła się w tym gronie). W toku obserwacji uwzględniono łącznie 21 kryteriów, odnoszących się do obecności (lub braku) internetowych restrykcji oraz zapędów cenzorskich, rozwiązań prawnych, praktyki postępowania organów państwa oraz ogólnej kultury informacyjnej.

W opinii Freedom House, podium krajów szczycących się największą wolnością internetu otwiera Islandia, za którą uplasowały się Estonia i Kanada. Wolność w najgorszym stanie, ku zaskoczeniu nikogo zainteresowanego, jest w Chinach (o ile w ogóle można o niej tam mówić).